Globalizacja a Joseph Conrad, czyli nie tylko ekonomia
Kto mając siedemnaście lat nie marzył o dalekich podróżach, egzotycznych krajach i podniecających przygodach? Jakże niewiele z tych marzeń spełniło się kiedykolwiek...
Józef Konrad Korzeniowski był jednym z nielicznych, którym dane było zobaczyć znacznie więcej niż przydarza się przeciętnemu człowiekowi. Stało się tak po części dlatego, że los zagnał go w rzadko odwiedzane zakamarki Ziemi w czasach, kiedy dotarcie do nich nie było jeszcze rzeczą łatwą i codzienną. Niemniej istotny był fakt, że młody Korzeniowski umiał i chciał patrzeć.
Na los Korzeniowskiego przemożny wpływ miała ówczesna sytuacja geopolityczna. Był Polakiem w czasie, gdy Polska nie istniała. Patriotyzm ojca zaowocował pierwszą wielką podróżą, gdy mały Konrad miał zaledwie cztery lata. Była to niestety podróż tragiczna: na zesłanie do Wołogdy. Jej skutkiem była śmierć matki, a kilka lat później ojca. Śmierć ojca nastąpiła w Krakowie, po zwolnieniu z zesłania. Dzięki temu opiekę nad nim mógł przejąć wuj. Zapewniło to chłopcu wykształcenie i możliwość decydowania o swoim przyszłym życiu.
Jako syn zesłańca i poddany rosyjski nie miał przed sobą świetlanej kariery na terenach nieistniejącej ojczyzny. Zostałby powołany do wojska i za szczyt marzeń mógłby uważać uzyskanie stopnia oficerskiego w carskiej armii. Dla polskiego patrioty pochodzącego z rodziny o tradycjach powstańczych nie była to akceptowalna perpektywa. Mieszkając pod opieką wuja w zaborze austriackim, prawie siedemnastoletni Korzeniowski był chwilowo poza zasięgiem administracji rosyjskiej. Skorzystał ze swobody, jaką mu to dawało - wyjechał na zachód, by w Marsylii zaciągnąć się na statek.
Pierwsze trzy lata służby na francuskich żaglowcach były okresem przygód mogących stanowić kanwę powieści. Tym się zresztą stały wiele lat później. Koniec przygód był jednak żałosny. Doprowadził dwudziestoletniego Konrada do ruiny finansowej i próby samobójstwa, na szczęście nieudanej. Pomoc wuja wyciągnęła chłopaka z tarapatów. Wygaśnięcie ważności paszportu rosyjskiego wymusiło w tym samym czasie następny przełom w jego życiu. Zmienił banderę na angielską i zaczął piąć się po stopniach kariery oficerskiej. Zdawał kolejne egzaminy i awansował, aż do uzyskania w 1886 dyplomu kapitańskiego.
Korzeniowski pływał głównie na żaglowcach. Najdłużej jako drugi oficer. Tylko raz dowodził własnym statkiem. Po tym epizodzie zaciągnął się na parowiec kursujący po rzece Kongo. Trudno uznać to posunięcie za sprzyjające rozwijaniu kariery! Można raczej dostrzec w nim niewygasłą żądzę przygód. Przygód tak dojmujących, że ta egzotyczna podróż w głąb Afryki okazała się już ostatnią. Po niej Korzeniowski zaciągnął się jeszcze na pasażerskie żaglowce liniowe, by po trzech latach zejść ostatecznie na ląd.
Kiedy Józef Korzeniowski zaokrętował się w Marsylii, na morzach panowały żaglowce. W czasie jego morskiej przygody żaglowce osiągnęły szczyt swojego rozwoju. Były piękne, szybkie, ekonomiczne, coraz większe i bardziej luksusowe. Transport żaglowy połączył wszystkie zakątki Ziemi. Paradoksalnie, sukcesy odniesione dzięki żaglowcom przez ekspansywną cywilizację europejską przyczyniły się do ich klęski jako podstawowego środka transportu na dużych odległościach.
Kolonie rozwijały się, rósł handel. Potrzebny był coraz większy tonaż oraz szybszy, a przede wszystkim regularny transport. Napęd żaglowy jest zależny od pogody, a przez to wykazuje sezonowość i stosunkowo duże zaburzenia regularności. Napęd parowy, droższy, ale efektywny i odporny na czynniki pogodowe, zaczął w drugiej połowie XIX wieku wypierać żaglowce. Najpierw w żegludze rzecznej, ale stopniowo na wszystkich najważniejszych liniach pasażerskich i towarowych. Zabudowania portowe pokryły się sadzą, woda w basenach portowych smarami, a nad morzami i oceanami pojawiły się smugi dymu.
Dla wielu starych „wilków morskich" parowce były obrazą etosu marynarza, śmierdzącymi i hałaśliwymi potworami odzierającymi żeglugę z piękna, przyjemności obcowania z przyrodą i z posmaku przygody. Korzeniowski najwyraźniej również nie był entuzjastą techniki. Opuścił morza wraz z żaglowcami. Przeniósł się na ląd, aby opisywać świat, jaki widział w trakcie swej kariery marynarza i ludzi, których poznał w dalekich krajach.
Zastanówmy się, jaki był świat widziany przez Josepha Conrada. Nie będziemy analizować tego, co on sam napisał - kto mógłby wyrazić to lepiej? Spróbujemy raczej odpowiedzieć na pytanie, co ukształtowało ten świat i samego Conrada, jakie cechy charakterystyczne miała ówczesna rzeczywistość i jaki był kierunek rozwoju cywilizacji. Zbadamy korzenie współczesności, jakimi widział je nasz utalentowany rodak.
Koniec XIX wieku był czasem triumfu białego człowieka. Dziś powiedzielibyśmy „cywilizacji europejskiej", ale wtedy postrzegano to inaczej. To biały człowiek posiadł wiedzę i potęgę. Biały człowiek, w przeciwieństwie do wszystkich innych, był istotą moralną i cywilizowaną. To biały człowiek dotarł do najdalszych zakątków Ziemi czyniąc ją sobie poddaną. I dlatego był predestynowany do przewodzenia wielkiej ludzkiej rodzinie i prowadzenia niecywilizowanych narodów trudną ścieżką rozwoju.
Wiara Europejczyków we własną supremację miała solidne podstawy. Nigdzie na świecie nauka nie uzyskała tak wysokiego statusu jak w Europie. Nigdzie nie miała tak silnego i zinstytucjonalizowanego wsparcia jak na Starym Kontynencie i w niedawno utworzonych przez imigrantów z Europy Stanach Zjednoczonych. Tylko w kręgu kultury europejskiej osiągnięcia naukowe były łapczywie chwytane przez przemysł i uzyskiwały setki konkretnych zastosowań.
Dawno zapomniano, że cyfry arabskie i algebra powstały w Indiach, a podstawy medycyny rozwinęli Arabowie. Zapomniano (lub przemilczano), że wiele wynalazków, które stworzyły kulturę europejską, jak proch strzelniczy czy papier, wywodzi się z Chin. Faktem jest, że odkrycia różnych narodów zostały przez Europejczyków zaadoptowane i rozwinięte w stopniu nigdzie indziej nie osiągniętym.
Pod koniec XIX wieku panował pogląd, że podstawowe prawa rządzące wszechświatem są już znane. Pozostawało jedynie żmudne uzupełnianie szczegółów. I chociaż przełom wieków zaowocował wielką niespodzianką w postaci teorii względności i mechaniki kwantowej, to przytoczone przekonanie nie było bezpodstawne. Dwie wielkie teorie wymienione przed chwilą mają wielkie znaczenie koncepcyjne. Pod względem praktycznym wiek XX przyniósł jednak raczej rozwinięcie wiedzy wywodzącej się z poprzedniego stulecia niż zupełnie nowe idee. Jeśli spojrzymy na otaczające nas urządzenia, to stwierdzimy, że dziewiętnastowieczny uczony nie byłby w stanie przewidzieć ani zrozumieć na podstawie posiadanej wiedzy chyba tylko półprzewodników.
Nie tylko nauki ścisłe święciły triumfy w owym okresie. Nie mniejsze sukcesy odnosiła geografia. Po zamierzchłych już odkryciach Kolumba czy Cooka nadeszły czasy wypełniania białych plam w głębi lądów. Odkrywcy tacy jak Strzelecki przemierzali kontynenty torując drogę pochodowi cywilizacji. Za epizod zamykający epokę wielkich odkryć można chyba uważać wyprawy Stanleya. Odnalezienie przez niego zaginionego doktora Livingstone'a w głębi Afryki było glośnym i rozbudzającym wyobraźnię wydarzeniem. Zdarzyło się to na rok przed ukończeniem szkoły przez Korzeniowskiego.
Odkrycia geograficzne nie były wynikiem ciekawości i rządzy przygód badaczy. Rządy wszystkich najbardziej rozwiniętych państw traktowały Ziemię jak tort, z którego próbowały wykroić dla siebie jak największy kawałek. Prym wiodła Wielka Brytania pod rządami królowej Wiktorii. Imperium brytyjskie osiągnęło szczyt potęgi i usiłowało kontynuować rozwój. Pod koniec XVIII wieku przeżyło wielką porażkę w postaci utraty kolonii północnoamerykańskich, które utworzyły Stany Zjednoczone. Paradoksalnie, fakt ten bardziej zaszkodził innym imperiom niż brytyjskiemu.
Powstanie Stanów Zjednoczonych, państwa federacyjnego i demokratycznego, wywarło istotny wpływ na losy całego kontynentu amerykańskiego. W ciągu pierwszej połowy XIX wieku większość państw południowoamerykańskich wywalczyła sobie niepodległość. A to oznaczało kres imperium hiszpańskiego, tradycyjnego konkurenta Wielkiej Brytanii do władzy nad globem oraz zaprzepaszczenie szans Portugalii na odegranie istotnej roli w dalszej historii świata. Nowe samodzielne państwa otwierały się dla imigrantów z całego świata. Przykładami ludzi, którzy dokonali w nich niezwykłych dzieł mogą być Ignacy Domeyko, geolog pracujący w Chile, oraz Ernest Malinowski, budowniczy najwyżej na świecie położonej linii kolejowej w Peru.
Zapoczątkowanie procesu wyzwalania kolonii nie przerwało, a nawet wzmogło pęd do zdobywania nowych. Zapotrzebowanie przemysłu na surowce rosło lawinowo, a posiadanie pełnej kontroli nad zasobami było bardziej korzystne niż równoprawny handel - chociaż i ten rozwijał się dynamicznie. Wciąż istniały tereny do zdobycia w Afryce, Azji i Oceanii. O wpływy na tych terytoriach konkurowały mocarstwa, do których dołączyły Niemcy zjednoczone w 1871 roku. Nawet w świeżo odrodzonej Polsce (kilkadziesiąt lat po rozważanym tu okresie) zwolenników znalazł pogląd, że skoro nasza ojczyzna istnieje, to jest mocarstwem, a jako takie powinna mieć własne kolonie.
Powyższe rozważania pokazują, że sytuacja geopolityczna, która zdeterminowała losy Konrada Korzeniowskiego, rozwijała się pod wpływem rozbieżnych tendencji. Mocarstwa europejskie rządzone były przez monarchie, którym kres miała przynieść dopiero I wojna światowa. Mocarstwa te dążyły do ekspansji kolonialnej. Równocześnie na antypodach górę brały tendencje niepodległościwe i republikańskie. Rozbieżność tendencji kształtującą historię XIX stulecia najlepiej chyba ilustruje fakt, że u progu XIX wieku niemal równocześnie powstały demokratyczne Stany Zjednoczone, a Polska, najbardziej demokratyczne państwo Europy, zostało unicestwione za porozumieniem sąsiednich mocarstw. Pierwszy etap ścierania się tych tendencji zakończyła wielka wojna, przynosząc upadek monarchii i restytucję Polski.
Motorem polityki globalnej była gospodarka, a dokładniej eksplozja przemysłu. Rozwój naukowy i techniczny zwielokrotnił możliwości wytwórcze, przynosząc nowe potrzeby i problemy. Paradoksem historii jest to, że gwałtowny wzrost wydajności pracy nie przyniósł poprawy warunków życia ogromnej większości ludzi, a wręcz pogłębił nędzę większości mieszkańców świata. Zjawisko to miało fundamentalne przyczyny. Pierwszą z nich był wzrost przyrostu naturalnego. Postępy medycyny i wzrost produkcji zmniejszyły śmiertelność dzieci. Spowodowało to przyrost populacji, za którym nie nadążały siły wytwórcze. Istniały jednak inne jeszcze przyczyny wzrostu zróżnicowania poziomu życia, przyczyny wynikające z zaszłości historycznych, a nie naturalnych procesów biologicznych.
Początek XIX wieku był czasem narodzin przemysłu. Manufaktury stawały się fabrykami. Wydajność pracy rzemieślników przegrywała z wydajnością maszyn, a oni sami tracili źródła utrzymania. Ulegali degradacji społecznej, stając się robotnikami lub bezrobotnymi. Dynamizm rozwoju przemysłu był zbyt szybki, by społeczeństwa zdążyły się przystosować. Jedna maszyna produkowała tyle, co kilku albo kilkudziesięciu rzemieślników, pozbawiając ich pracy. Uruchomienie każdej maszyny oznaczało katastrofę dla wielu rodzin. Wywoływało to sprzeciw, którego najlepszym przykładem były bunty luddystów w Anglii. Ofiarami luddystów padło wiele maszyn, niszczonych, rozbijanych na kawałki i przeklinanych najgorszymi słowami.
Oczywiście rozbijanie maszyn nie przyniosło żadnego efektu. Na miejsce jednej zniszczonej maszyny pojawiało się kilka innych, a proces uprzemysłowienia postępował. Gdyby proces ten był mniej gwałtowny, być może historia świata potoczyłaby się inaczej. Jednak jego tempo było na tyle duże, że powstała nadwyżka siły roboczej spowodowała długotrwały proces spadku płac robotników. Skutki tego trendu były opłakane. Zniszczona została stabilność dawnego systemu ekonomicznego. Poziom życia większości mieszkańców najbardziej rozwiniętych krajów spadał, zamiast rosnąć w obliczu obfitości produkowanych dóbr. Nędza mas skłoniła Karola Marksa do napisania w połowie wieku Manifestu Komunistycznego. Kiedy Konrad Korzeniowski miał dziewięć lat, ukazał się pierwszy tom Kapitału.
Kiedy w starej Europie narastały napięcia społeczne i nabrzmiewały konflikty mocarstw rządzonych przez rywalizujące dynastie, po drugiej stronie Atlantyku nowe, młode państwo rosło szybciej niż jakiekolwiek porównanie mogłoby unaocznić. Nowe terytoria były przyłączane i zagospodarowywane z roku na rok. Długość linii kolejowych rosła trzykrotnie w ciągu dziesięciu lat. W ciągu kilku miesięcy powstawały nowe miasta. Dokonywano setek wynalazków. Maszyna do pisania, maszyna do szycia, żniwiarka, kombajn, telegraf, wrębiarka, rewolwer czy zapałki to tylko przykłady. Miliony ludzi coraz tłumniej emigrowały z Europy do Ameryki, łagodząc problemy społeczne starego kontynentu i napędzając rozwój nowego.
W ciągu stu lat zbudowano państwo dorównujące potęgą tysiącletnim imperiom. Był to bodaj największy triumf białego człowieka w historii ludzkości. Bo Stany Zjednoczone były państwem stworzonym przez białych ludzi dla białych ludzi. Równocześnie były państwem paradoksalnym. W ich historii najjaskrawiej widoczne jest zarówno dziedzictwo pychy europejskich konkwistadorów, jak i heroiczna walka o idee egalitaryzmu i liberalizmu. Nigdzie na świecie przeszłość nie ścierała się z przyszłością tak dynamicznie, wytyczając kierunek przyszłego rozwoju ludzkości.
Stany Zjednoczone były pierwszym nowożytnym państwem w pełni demokratycznym. Było pierwszym państwem rządzonym przez prawo, a fundamentem tego prawa była wolność i równość obywateli. Równocześnie prawo to sankcjonowało niewolnictwo i trwał holokaust rdzennej ludności. Oceniając te fakty trzeba pamiętać, że patrzymy na nie z perspektywy naszego stereotypu moralnego. Stereotyp panujący ówcześnie był inny. Fakty takie jak przytoczone wyżej pozwalają zrekonstruować poglądy dominujące w tamtej epoce i zrozumieć ich zmiany. Poglądy moralne dominujące obecnie są efektem ewolucji wcześniejszych przekonań zachodzącej pod wpływem konkretnych zdarzeń. A bieg zdarzeń pokazuje, że owa ewolucja miała przebieg gwałtowny, ale nie była jednoznacznie ukierunkowana.
Już za życia Konrada Korzeniowskiego wybuchła bodaj najkrwawsza wojna w historii. Była to wojna domowa w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej. Stany południowe walczyły o zagwarantowane konstytucją prawo do samostanowienia. Stany pólnocne walczyły o wprowadzenie ustawy abolicyjnej w ramach Federacji. Obie strony były skłonne do najwyższych poświęceń w poczuciu swej racji i przewagi moralnej. Sposób prowadzenia bitew wywodził się z ery broni białej, więc użycie nowoczesnej broni palnej prowadziło do olbrzymiego odsetka ofiar. Ofiary te były ceną wolności Murzynów amerykańskich.
Niewolnictwo istniało z powodów ekonomicznych. Miało jednak apologetów, którzy przedstawiali je jako system wysoce moralny! Powoływali się oni na święte prawo własności, ale również przyrodzoną hierarchię ludzi. Oświecona elita, z racji swej naturalnej wyższości, miała szczególne prawo i obowiązek dbania o dobrobyt części społeczeństwa niezdolnej do samodzielnego życia w nowoczesnej ekonomii. W tym paternalistycznym systemie niewolnicy mieli zapewniony byt od urodzenia do śmierci, niezależnie od swoich zdolności i koniunktury gospodarczej. Przed jednostkami wybitnymi droga do wyzwolenia i kariery stała otworem. Sugerowano, że abolicjonizm jest ruchem inspirowanym przez kapitalistów z Północy w celu pozyskania taniej siły roboczej i pomnożenia zysków. Przeciwstawiano sielskie życie niewolnika losowi robotników, w razie złej koniunktury wyrzucanuch na bruk, na śmierć z głodu i zimna.
Dziś negujemy prawo do posiadania innych ludzi. Nie uznajemy prawa elit do decydowania za innych. Postrzegamy niewolnictwo jako system nieakceptowalny i haniebny. Militarna klęska Południa była również klęską pewnego światopoglądu. Wojna Secesyjna ukierunkowała rozwój systemów społecznych na całym świecie i w całej późniejszej historii. Przynajmniej jeśli chodzi o stosunek do niewolnictwa. Niektóre przekonania leżące u podstaw tego systemu przetrwały, a nawet rozwinęły się, znajdując pozorne poparcie w odkryciach naukowych.
Dwadzieścia lat po Wojnie Secesyjnej, w tym samym roku, w którym Konrad Korzeniowski otrzymał dyplom kapitański, poddał siię i wraz ze swymi ludźmi został odesłany do rezerwatu ostatni indiański partyzant, Geronimo. Dziki Zachód przestał istnieć. Ten pozornie lokalny fakt znacząco zmniejszył obszar kontaktu przeciwstawnych kultur w skali całego świata. Zmienił też charakter ich konfrontacji. Już tylko w głębi Afryki, na wyspach Oceanii, w dżungli Amazonii żyły plemiona biegające nago i posyłające zatrute strzały nieostrożnym podróżnikom. Czy te odległe, egzotyczne istoty miały coś wspólnego z ludźmi cywilizowanymi, noszącymi eleganckie fraki i cylindry?
Joseph Conrad miał okazję obserwować dzikich w okresie ich pierwszego zetknięcia z cywilizacją europejską. Niektórzy z tych „dzikich" byli potomkami narodów o wyrafinowanej kulturze. Europejczycy jeszcze o tym nie wiedzieli, zresztą nie miało to dla nich większego znaczenia. Być może najlepszym wyznacznikiem stosunku europejskiego dżentelmena do tych ludów jest zróżnicowanie sformułowań, jakie uważny czytelnik może odnaleźć w prozie Conrada. Pod wpływem silnych emocji biały bohater opowieści patrzy przed siebie „pustym wzrokiem". W analogicznej sytuacji wzrok tubylca jest „tępy". Autor nie chciał lub nie mógł opisywać ludzi w oderwaniu od ich statusu społecznego; może zresztą nie przyszło mu to do głowy. Ta drobna różnica określeń odzwierciedla ówczesny stan poglądów na różnice międzykulturowe.
Wielkość Conrada leży w tym, że używając różnych słów do opisu emocji ludzi różnych ras, pokazuje tożsamość tych emocji. Stwierdzenie, jakoby dzicy mieli stany psychiczne i to takie same jak czytelnicy książek, byłoby odebrane przez tych czytelników jako niesmaczna insynuacja, a nawet impertynencja. Na szczęście dla kariery pisarza niewielu czytelników zorientowało się, że jest on rzecznikiem rewolucji światopoglądowej przeciwstawnej ówczesnemu kierunkowi rozwoju myśli społecznej. Rewolucja ta zyskała później wsparcie w pracach Bronisława Malinowskiego. Wbrew obiegowym poglądom, sława tego antropologa nie wynika z badań intymnej sfery życia ludów pierwotnych, ale z udokumentowania faktu, że „dzicy" mieli systemy moralne, obyczajowość i prawo. I przestrzegali ich skrupulatniej niż ludzie cywilizowani.
Humanizm Conrada i Malinowskiego nie doczekał się powszechnej akceptacji za ich życia. Przeważył pogląd, że ludzie z natury różnią się między sobą. Co więcej, przeważyło przekonanie, że różnice te są dziedziczne i mogą być wartościowane. Jakkolwiek takie poglądy kojarzymy obecnie z nazizmem i faszyzmem, dokładniejsze studia pokazują, że były one powszechne w latach międzywojennych. Istniały nawet plany amerykańskiego programu eugenicznego. Teoria zróżnicowania rasowego przetrwała kres niewolnictwa i z niespotykaną wcześniej siłą wpłynęła na losy świata. Hitlerowskie Niemcy rozpętały II wojnę światową próbując zyskać przestrzeń życiową kosztem mniej wartościowych narodów. Przegrały ją.
Militarna klęska państw Osi była również klęską pewnego światopoglądu. II wojna światowa ukierunkowała rozwój systemów społecznych na całym świecie i w całej późniejszej historii. Przynajmniej jeśli chodzi o stosunek do zróżnicowania rasowego. Jednak niektóre przekonania leżące u podstaw tej ideologii przetrwały.
Dzisiaj żyjemy w świecie zupełnie innym niż oglądany przez Josepha Conrada. Podróż do miejsc odwiedzanych kiedyś przez niego nie zajmuje miesięcy, a co najwyżej dni. Nie zobaczymy tam dzikusów, lecz zwykłych, ciężko pracujących ludzi. Jeśli zechcemy pogadać z zaprzyjaźnionym tubylcem, to pewnie nie upiecze nam dziczyzny nad ogniskiem. Raczej zaprosi do MacDonalda, takiego samego, jaki stoi dwie przecznice od naszego domu. A rozmowa może dotyczyć aktualnych wydarzeń w Ameryce, albo książek Conrada, albo najnowszego sprzętu elektronicznego... Lista wspólnych zainteresowań może być długa. Dziś nie ma dalekich krajów ani obcych ludów. Czasem łatwiej jest wysłać maila do kolegi w Australii niż odwiedzić sąsiada piętro niżej.
Tak wiele zmieniło się od czasów Conrada. Tak wiele zmieniło się w ciągu jego życia. Czy większym osiągnięciem było wprowadzenie telefonów komórkowych, czy przeciągnięcie kabla telegraficznego przez Atlantyk? Samolot ponaddźwiękowy czy parowiec? Postawienie pierwszej faktorii w dżungli, czy lot w Kosmos? To, co dziś wydaje się prymitywne i przestarzałe, w swoim czasie było nowatorskie, trudne i ryzykowne. Trudno powiedzieć, które wydarzenia były najważniejsze, a które nieistotne. Dzień po dniu, rok po roku, drobne zmiany budowały taki świat, jakim jest teraz.
Proces narastania powiązań różnego typu pomiędzy ludźmi całego świata nazwano globalizacją. Identyfikacja tego zjawiska i dotyczące go emocje wynikają z jego szybko rosnącego wpływu na życie wszystkich ludzi. W czasach Conrada byt niewielkiej części populacji Ziemi zależał od wydarzeń w odległych regionach globu - on sam jest modelowym reprezentantem tej części. Obecnie proporcje odwróciły się i nie ma już zakątka Ziemi odizolowanego od losów całego świata.
Narastające powiązania mają różny charakter. Najbardziej rzucają się w oczy zależności ekonomiczne. Jedna decyzja producentów ropy naftowej może podnieść stopę życiową lub zniweczyć nadzieje na lepszą przyszłość miliardów ludzi. Jedna decyzja Parlamentu Europejskiego może rozstrzygnąć o życiu lub śmierci dziesiątków tysięcy Afrykanów. Jedna decyzja międzynarodowej korporacji może z miasteczka zrobić lokalną metropolię albo zmienić metropolię w slumsy. Wielcy tego świata rządzą losami małych, ale i mali mają wpływ na wielkich. Kryzys w Hongkongu może wywołać załamanie giełdy amerykańskiej. Zwykli ludzie robiąc zakupy decydują, która z wielkich korporacji rozwinie się, a która będzie musiała sprzedać część swoich aktywów. Nie ma jednokierunkowych zależności, nie ma najwyższej władzy.
Nie ma też ograniczeń w rodzaju powstających powiązań. Wiedza o innych narodach jest coraz większa i coraz szerzej rozpowszechniona. Nie trzeba być buddystą, aby wiedzieć, kim jest Dalaj Lama. Nie trzeba być historykiem, aby rozpoznać samurajski miecz. Nie trzeba żyć w Ameryce, aby nosić poncho. Egzotyka w coraz mniejszym stopniu dziwi i odstręcza, w coraz większym zaciekawia. Wspólne zainteresowania i poglądy nie znają granic, nie podlegają cłom. Więzi międzyludzkie kształtowane dawniej przez sąsiedztwo i pozycję społeczną coraz częściej bazują na powinowactwie intelektualnym lub emocjonalnym, łącząc ludzi oddalonych o tysiące kilometrów.
Oba aspekty globalizacji, ekonomiczny i kulturowy, są możliwe dzięki rosnącym możliwościom transportowym i komunikacyjnym. Globalizacja nie jest stanem, który został osiągnięty i trwa, ale procesem, który przebiega od stuleci i może nigdy się nie skończy. Kiedy globalizacja miała swój początek? Gdy pierwsi ludzie odeszli z kolebki naszego gatunku w Afryce północno-wschodniej jakieś dwieście tysięcy lat temu, stracili na zawsze kontakt ze swymi krewnymi. Grupy ludzi wędrowały coraz dalej, docierając sześćdziesiąt tysięcy lat temu do Australii, później kolonizując Europę i Ameryki. Separacja spowodowała wykształcenie różnych typów fizycznych, kultur i języków. Ludzie pozostali jednak jednym gatunkiem i utrzymywali kontakty z sąsiednimi narodami. Już w epoce kamienia kontakty handlowe łączyły odległe krańce Europy. Na pewno był moment, w którym nawiązywanie kontaktów przeważyło nad tendencją do rozpraszania. Może było to nawet całe tysiąclecie, które możemy uznać za początek globalizacji.
Postęp raz rozpoczętej globalizacji był nieunikniony. Przyspieszał ją wzrost populacji, rozwój środków transportu, a przede wszystkim rozwój handlu. Siłą napędową globalizacji jest dążenie do maksymalizacji efektywności i zróżnicowanie regionalne. Żaden handlowiec nie jechałby do Chin, gdyby w swoim mieście mógł kupić taki sam towar za taką samą cenę. Żaden przemysłowiec nie budowałby fabryki na końcu świata, gdyby w sąsiedztwie miał równie dobrych i tanich robotników. Dopóki różnice między różnymi reginami będą istotne, dopóty będzie zachodziła globalizacja próbująca je wyrównać. I chociaż może się wydawać, że świat jest już w pełni zintegrowany, to przyszłość prawdopodobnie pokaże, że do końca tego procesu jest jeszcze daleka droga.
Nie można więc mówić o zakończeniu globalizacji, dopóki istnieją rzucające się w oczy różnice pomiędzy regionami świata. To dobra wiadomość. Ubóstwo to niemożność kupienia potrzebnych rzeczy. Jest dotkliwe dla ubogich, ale również dla producentów, ograniczając ich potencjalne zyski. Z drugiej strony, wynagrodzenie za tę samą pracę w biednym kraju jest niższe niż w bogatym. To przyciąga inwestycje, wzbogacające cały kraj. Mechanizmy ekonomiczne działają zatem w kierunku zmniejszania ubóstwa i wyrównywania poziomu życia na całym świecie. Pod warunkiem, że globalizacja nie napotyka przeszkód.
W praktyce globalizacja z trudem przedziera się przez granice państw. Państwa są reliktem wczesnych etapów integracji. Są strukturami lokalnymi, efektem zatrzymania integracji rozwijającej się wokół wielu centrów. Prawdopodobnie ten etap ewolucji świata był nieuchronny. Alternatywą dla państw narodowych mogło być globalne zjednoczenie pod rządami małej grupy ludzi, nadającej sobie miano Rasy Panów, Komitetu Centralnego czy dowolnej innej nazwy, uzasadnionej odpowiednią ideologią. Droga, którą poszła globalizacja, wydaje się znacznie lepsza. Zaś rozwój Unii Europejskiej pokazuje, że możliwe jest ewolucyjne przejście od państw narodowych do wspólnot wyższego rzędu.
Powstające obecnie nowe struktury społeczne będą prawdopodobnie inne od tych, które nas ukształtowały. W miarę zaniku presji ekonomicznej coraz większe znaczenie będzie miała sfera kultury. Czy, jak w gospodarce, przeważą w niej procesy unifikacji, tworząc jednolitą ludzką kulturę? A może nastąpi rozwarstwienie na setki subkultur wyznających odmienne poglądy, słuchających odmiennej muzyki i mówiących różnymi dialektami tego samego, globalnego języka? Procesy różnicowania i unifikacji zawsze występują razem w historii gatunku ludzkiego, nieustannie walcząc i równocześnie dostarczając sobie wzajemnie pożywki.
Nie da się przewidzieć końcowego efektu tych zmagań, ani nawet określić, czy ten koniec nadejdzie. Nietrudno jednak zauważyć, że różnorodność światopoglądów sprzyja stopniowej ewolucji kultury. Uniformizacja poglądów często prowadzi do długotrwałej stagnacji, kończącej się katastrofą. Zaś polaryzacja przekonań wokół przeciwstawnych idei rodzi wojny. Pragmatyzm przemawia więc za tolerancją. Niestety, prawa psychologii skłaniają do odmiennych zachowań. Każdy człowiek opiera się w życiu na kilku podstawowych prawdach. Negacja tych prawd, rzeczywista lub pozorna, wywołuje silną reakcję emocjonalną związaną z dysonansem poznawczym. Obrona podstaw własnego pojmowania świata przejawia się jako agresja, próba falsyfikacji lub deprecjacji odmiennego poglądu. Często agresja ta obejmuje osoby głoszące pogląd powodujący dysonans poznawczy..
Nietolerancja jest zatem reakcją naturalną, podczas gdy tolerancji trzeba się uczyć - i nie jest to łatwa nauka. Czy będziemy umieli, jak Joseph Conrad, zrozumieć i polubić przedstawicieli innych kultur? Czy śladem Bronisława Malinowskiego będziemy w stanie docenić wartość odmiennych obyczajów i obdarzyć je szacunkiem? Czy obcokrajowcy napływający coraz tłumniej do naszego kraju przywiozą dary wzbogacające naszą kulturę, czy zarzewia konfliktów? Jak będą wyglądały za kilkadziesiąt lat nasze miasta - jak Lwów do początku XX wieku, czy jak Bejrut w jego ostatnich dziesięcioleciach? Odpowiedź na te pytania zależy od nas.
Konrad Korzeniowski wyszedł w morze poszukując przygód. Zszedł na ląd, gdy piękno żaglowców zniknęło z oceanów, jako Joseph Conrad. Całe jego życie zostało ukształtowane przez proces globalizacji, wszechogarniający i potężny jak ocean. Przez całe życie Conrad nieświadomie i mimowolnie uczestniczył w tym procesie. W młodości był w jego awangardzie, przecierając najdalsze szlaki handlowe. W wieku dojrzałym wysunął się jeszcze do przodu, stawiając przeciw panującej pogardzie i interesowności swój stosunek do ludzi, oparty na sympatii i zrozumieniu. Nie mógł powstrzymać biegu historii, przełomów zmieniających życie narodów równie łatwo jak pojedynczych ludzi. Nie leży w mocy człowieka walka z tak potężnymi żywiołami. Conrad pokazał jednak, że człowiek nie jest tylko kawałkiem mięsa miotanym prądami historii. Każdy człowiek ma swobodę wyboru i zdolność do działania. Może sterować swoim losem. Jak żeglarz, którym Joseph Conrad był przez całe życie.
Stanisław J. Panecki
Zdjęcia S.J. Panecki, M. Waśniewska
© Fundacja Żagle Europa Świat. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt i administracja:DEPI













