W kupie cieplej, ale trzeba umieć się zachować, czyli Europa jako wspólny jacht
Wspieranie procesów integracyjnych Europy poprzez kreowanie więzi międzyludzkich oraz kultywowanie uniwersalnych wartości związanych z żeglarstwem; Na
początku ostatniej dekady XX wieku rozmawiałem w Anglii z facetem, który
hodował krowy na Wyspach Owczych. To
nie jest dowcip. Mnie to wtedy rozśmieszyło, ale był to mój pierwszy kontakt z
Unią Europejską, więc reagowałem spontanicznie i zupełnie niepoprawnie
politycznie. Nigdy nie byłem na Wyspach Owczych, ale trochę o nich słyszałem.
Pomysł hodowania tam krów odebrałem jak ideę uprawy ryżu na Saharze. I chyba to
porównanie nie jest nietrafne. A jednak w ramach Wspólnej Polityki Rolnej młody
szkocki rolnik dostał grant na hodowlę stada sześciu czy siedmiu jałówek na Wyspach
Owczych. I żył z tej hodowli całkiem dostatnio. Niestety, nie dowiedziałem się
nigdy, czy jałówki też przeżyły. Opisane
spotkanie uwrażliwiło mnie na mechanizmy działania Unii. Zacząłem uważniej
patrzeć_ i wkrótce napotkałem, tym razem w telewizji, inną historię. Można by
rzec, komplementarną. Francuski rolnik narzekał na biurokrację. Pokazywał
kilkunastocentymetrowy plik papierów formatu A4, który musiał co roku
przygotowywać i przekazywać odpowiednim organom, aby dostać należne mu
pieniądze. Pieniądze należały mu się z tej racji, że nie hodował dziesięciu
krów. Do
dziś nie rozumiem, dlaczego facet narzekał. Wyglądał zdrowo i dostatnio, więc
chyba niehodowanie dziesięciu krów dobrze mu się opłacało. Nie musiał im
wrzucać paszy do koryta, doić, wyrzucać gnoju. Zamiast tego mógł się codziennie
wyspać, usiąść do komputera na kilka godzin i napisać parę zdań o krowach,
których nie hodował. A jakie możliwości rozwoju gospodarki! Ja na jego miejscu
już w następnym roku nie hodowałbym dwudziestu krów! W ciągu kilkunastu lat
dałoby się pewnie dojść do niehodowania wszystkich krów we Francji. Chyba, że
konkurencja byłaby za silna. W
tamtych czasach jeszcze nie przypuszczałem, że też będę obywatelem Unii. Nie
podejrzewałem, że idąc na spacer będę oglądał własnymi oczami Wspólną Politykę
Rolną. A oglądam. Kiedyś niedaleko mojego domu była łąka, porośnięta polnymi
kwiatami i innymi chwastami. A teraz jest ziemia orna. Nie, żeby coś na niej
rosło. Zanim chwasty się rozplenią, znowu jest czas orki, i tak w kółko - od
czasu objęcia naszych rolników wypłatami. Szkoda tylko, że nasi rolnicy nie są
jeszcze tak sprytni, jak francuscy. Potrafią już zaoszczędzić na ziarnie, ale
przecież mogliby dostawać dodatkowo kasę za nieuprawianie ziemniaków, a nawet
pszenicy. Unijne
absurdy przestają być zabawne, gdy zaczynają wyraźnie i negatywnie wpływać na
nasze życie. Unia znacząco ingeruje w procesy gospodarcze, a efekty tych
ingerencji bywają fatalne. Na przykład kontrola produkcji i handlu mlekiem i
jego przetworami doprowadziła do poważnego światowego kryzysu. Państwa
członkowskie nie mogą swobodnie rozwijać produkcji mlecznej, gdyż Unia narzuca
im tak zwane kwoty, których przekroczenie pociąga za sobą dotkliwe kary. Próby
sterowania rynkiem doprowadziły do opłakanych konsekwencji. Sztuczne
zaniżanie produkcji mleka w Unii zbiegło się ze wzrostem popytu w krajach
rozwijających się. Dodatkowo Unia przez wiele lat dotowała eksport mleka i jego
przetworów, skutkiem czego było zaniżenie poziomu cen na rynkach światowych i
sabotaż globalnego rozwoju produkcji. Kiedy znienacka dotowanie eksportu
zostało zaniechane, nastąpił gwałtowny wzrost cen. W Polsce ceny mleka i serów
wzrosły w roku 2007 prawie dwukrotnie i wystąpiły braki w zaopatrzeniu, jakich
nie było od czasów realnego socjalizmu. Można
by do znudzenia narzekać na Unię, nawet nie porzucając tematów związanych z
krowami. A przecież w każdej dziedzinie armia unijnych urzędników z zapałem
oddaje się tworzeniu tysięcy dokumentów, co ma udowodnić adekwatność ich
poborów do wyników pracy. I chyba rzeczywiście obywatele Unii płacą najniższe
stawki na świecie za kilogram aktów prawnych. Porzućmy więc narzekania, zanim
nas znudzą. Zastanówmy się w zamian, czy nonsensy przytoczone powyżej oznaczają,
że Unia Europejska jest tworem poronionym i lepiej byłoby trzymać się od niej
jak najdalej? Unia
nie jest idealna. Europosłom i Komisji Europejskiej chyba też się nie podoba.
Gdyby się podobała, to by ogłosili, że jest już dobrze i przestali ją zmieniać.
Tymczasem wszyscy ze wszystkimi dyskutują i zatrudniają coraz więcej ludzi do
tych dyskusji. Dyskusje trwają latami, a ich efektem są tony papieru. Kiedy w
końcu Parlament Europejski coś uchwala, kraj mający aktualnie prezydencję, czyli
odpowiedzialny za tok prac, poczytuje sobie za sukces, że coś uchwalono. Szczegółami tego czegoś się nie chwalą, bo treść
uchwał nie odpowiada żadnemu państwu członkowskiemu. Trudno
się dziwić tej niezgodzie w łonie Unii. Każdy z krajów członkowskich jest inny.
Jedne państwa są malutkie, inne wielkie. W jednych dominuje przemysł, w innych
kluczową pozycję zachowało rolnictwo. Jedne są przywiązane do wolności
gospodarczej, inne preferują centralizację i ideę państwa opiekuńczego. Można
upierać się przy chrześcijańskich korzeniach kultury europejskiej, zapominając
o druidach, Maurach i Wikingach, ale powyżej korzeni wszystko jest już inne.
Każde z państw członkowskich ma inną historię, tradycje, charakter narodowy. Unia
jest jak gliniany dzban zlepiony z kawałków, ale każdy fragment jest częścią
innego dzbana. Granice geograficzne pasują do siebie, ale cała reszta - nie. Dlaczego
więc Europejczycy wzięli się za tę złośliwą układankę? Skąd się wzięła
atrakcyjność Unii, która zaowocowała jej gwałtownym rozrostem? Dlaczego do Unii
aspirują nawet państwa, które nam się kojarzą raczej z Azją lub Afryką?
Spróbujmy cofnąć się w czasie do okresu, w którym o zjednoczeniu Europy mogli
myśleć tylko fantaści. Konflikty
między mieszkańcami Europy są starsze niż pamięć ludzka. W całej znanej
historii wojny tliły się lub wybuchały płomieniem, ale nigdy nie gasły. Znamy
ich przebieg, od kiedy rzymskie legiony przemierzyły kontynent wprowadzając pax Romana i bezwzględnie mordując
opornych. Jednak już wcześniej, jeśli wierzyć Juliuszowi Cezarowi, Gallowie
prowadzili nieustanne wojny między sobą. Uczeni zastanawiają się, czy
Neandertalczycy wymarli w sposób naturalny, czy też zostali eksterminowani
przez bardziej wojowniczy odłam ludzkości, którego jesteśmy potomkami.
Rozważając historię tego skrawka ziemi, można pomyśleć, że nawet dinozaury w
Europie musiały gryźć się bardziej zapalczywie niż na innych kontynentach. W
czasach nowożytnych Europę ukształtowały zmagania władców feudalnych. To oni
wytyczali i zmieniali granice. Pojęcie państwa było nierozerwalnie związane z
osobą monarchy, interes państwa był interesem dynastii. Dla monarchów obojętny
był język, jakim mówili ich poddani, ich obyczaje i aspiracje. Liczyło się
utrzymanie i powiększenie stanu posiadania. A podstawowym środkiem do osiągnięcia
tych celów była siła militarna. Względna
trwałość państw feudalnych doprowadziła do wykształcenia pojęcia narodu w
dzisiejszym sensie. Powoli i stopniowo państwa feudalne przekształcały się w
państwa narodowe, co było zwieńczeniem stuleci niezauważalnych procesów
integracji społecznej i budowania świadomości narodowej krwawymi przewrotami i
rewolucjami. Monarchie upadały lub kładły kark pod jarzmo prawa stanowionego
niezależnie od nich. Racją stanu w miejsce interesu rządzących dynastii stawało
się dobro wszystkich obywateli. Rodziła się demokracja. Nieubłagana
logika historii spowodowała, że nie mogła powstać jedna demokracja obejmująca
wszystkich ludzi świata, a choćby tylko Europy. Republiki powstawały kolejno, w
opozycji do państw sąsiednich. Gdy sąsiadami młodych republik były monarchie,
próbowały stłumić _zarzewie buntu_. Widać to w historii Polski, na którą
obieralność królów sprowadziła solidarną agresję ościennych monarchii,
zakończoną rozbiorami. Jeszcze wyraźniej pokazują to dzieje rewolucji
francuskiej, której zdobycze nie ustaliły się bez wojen z sąsiednimi państwami oraz
przejścia przez etapy cesarstwa i restauracji. Decydującym
krokiem w rozprzestrzenieniu demokracji w Europie była I wojna światowa. Upadły
autorytarne monarchie i pojawiły się nowe państwa o charakterze narodowym,
wśród nich Polska. Przeważającym ustrojem stała się demokracja parlamentarna.
Jednak lata okrutnych walk i miliony ofiar dały nowy wkład w zadawnione
rachunki krzywd i wzajemnych pretensji. Wojenne rozprzężenie wsparło ruch
komunistyczny i zaowocowało sukcesem rewolucji bolszewickiej w Rosji. Poziom
antagonizmów i nienawiści w zdezintegrowanej Europie wzrastał. Narastały konflikty
międzypaństwowe, narodowościowe, ekonomiczne i klasowe. Kulminacja
nienawiści i terroru nastąpiła dwadzieścia lat później. Nazwa II wojny światowej
podkreśla jej globalny zasięg, pomijając fakt, że wybuchła ona w Europie, z
przyczyn dotyczących głównie tego kontynentu i na nim zebrała najwięcej ofiar.
Jakby żniwo śmierci poprzedniej wojny pobudziło apetyt na jeszcze większe
masakry, jeszcze okrutniejsze bestialstwo. Po
zakończenia tej wojny nie było czasu na długie przeżywanie radości zwycięstwa i
goryczy porażki. Państwa Europy były zdewastowane i zdezorganizowane niemal jak
okręty po bitwie pod Trafalgarem. Bez masztów i żagli, z połamanymi sterami i
dziurami w burtach, dryfowały w nieokreślonym jeszcze kierunku. Ci spośród
załóg, którzy przeżyli piekło bitwy, zmywali krew z pokładów, z lękiem zerkając
na horyzont w obawie przed niosącym nieuniknioną zagładę szkwałem. Czas ten
stał się kluczowym punktem w historii Europy, momentem rozszczepienia i początkiem
procesu jej jednoczenia. Dla
Polski i nowych krajów środkowo-wschodniej Europy ostatnia wojna oznaczała nie
tylko utratę niedawno uzyskanej niepodległości, zaprzepaszczenie dorobku
dwudziestolecia międzywojennego i utratę milionów obywateli poległych w walce i
wymordowanych przez okupantów. Oznaczała również rozstanie z cywilizacją
zachodnią. Rozstanie z jej kulturą, tradycją, normami etycznymi i prawnymi,
systemem gospodarczym. Odbierała nawet możliwość zobaczenia osiągnięć Zachodu na
własne oczy. Zwycięska
Armia Czerwona wyzwoliła kraje centralnej Europy spod okupacji hitlerowskiej.
Za jednym zamachem wyzwoliła je też od bagażu historii i konieczności
decydowania o sobie. Z Armią Czerwoną przybyły nowe władze państwowe. Wprowadziły
ustrój demokracji ludowej, wyeliminowały przeciwników władzy robotniczej i
rozpoczęły budownictwo socjalistyczne. Skończyło się ono totalnym zawaleniem
całej gospodarki, a w międzyczasie wychowało się kilka pokoleń poddanych
totalnej indoktrynacji w sztucznym, irracjonalnym świecie. Wszystkie
aspekty życia w socjalizmie były podporządkowane ideologii marksistowskiej.
Społeczeństwa państw włączonych do strefy wpływów ZSRR poddano odgórnie
sterowanym modyfikacjom. Wprowadzono system nachalnej propagandy i cenzury we
wszystkich środkach masowego przekazu, a w szkołach większą wagę przywiązywano
do roli indoktrynacyjnej niż edukacyjnej. Intensywnie kształtowano nową obyczajowość,
w teorii zgodną z moralnością socjalistyczną, a w praktyce destrukcyjną i
nieprzewidywalną. Efektem tych działań były wykoślawienia mentalności,
niezauważalne w patologicznym społeczeństwie, ale stanowiące wyróżnik
mieszkańców ZSRR i państw sojuszniczych. Dzieci
od najwcześniejszych lat oswajały się z tezami marksizmu-leninizmu, takimi jak
walka klasowa, wyzysk człowieka przez człowieka i rewolucja jako metoda walki o
sprawiedliwość społeczną. Temat wojny i okrucieństwa niemieckich okupantów był
tak żywy w życiu publicznym, jakby wojna jeszcze się nie skończyła. Nienawiść
jako podstawa stosunków społecznych i przemoc jako sposób ich regulowania _ czy
może być lepsza pożywka dla postaw ksenofobicznych i agresywnych? Życie
codzienne w realnym socjalizmie było szkołą zachowań patologicznych. Stworzono
system oparty na fikcji, w którym szczytne hasła, optymistyczne deklaracje i uroczyste
akademie miały zatuszować niedobory mięsa i papieru toaletowego. Praca
przestała być wyznacznikiem wartości człowieka i przedmiotem dumy. Stała się
parodią. Wypełniano plany produkcyjne, z taśm schodziły ogromne ilości towarów,
ale tylko wyroby przeznaczone na eksport musiały działać bez zarzutu. Po co się
wysilać, skoro _czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy_? Niektórzy
wychowankowie obozu komunistycznego akceptowali obowiązujący system, inni
dorastali w opozycji do niego. Jednak wszyscy padli ofiarą wrodzonych systemowi
komunistycznemu błędów i wypaczeń, które doprowadziły w końcu do jego upadku, a
w międzyczasie stworzyły specyficzny typ osobowości, nazywany przez niektórych homo sovieticus. Typu tego nie należy
uważać za kalectwo czy dewiację. W porównaniu z mieszkańcami państw
kultywujących cywilizację europejską jest on po prostu inny. Tak jak różni się Masaj od Eskimosa albo talib od nowojorczyka. Powojenne
problemy i kierunki rozwoju mieszkańców zachodniej części Europy były wbrew
powierzchownemu podobieństwu zupełnie inne. Tam też wojna była okrutna, chociaż
prowadzona w sposób bardziej cywilizowany niż w krajach słowiańskich
_podludzi_. Tam również były ogromne zniszczenia, chociaż nie tak wielkie jak
na wschodzie. Tam też były miliony ofiar, chociaż ich liczba była znacznie
mniejsza niż na wschód od Odry. Mimo to psychologiczne skutki wojny i jej wpływ
na ewolucję społeczeństw wydają się większe na zachodzie niż na wschodzie
Europy. Być
może siła refleksji na Zachodzie była większa dzięki szybszemu powrotowi do
normalności. Obok pomocy humanitarnej rozdzielanej między wszystkie kraje
dotknięte wojną, Stany Zjednoczone wystąpiły z planem Marshalla - propozycją olbrzymiej
pomocy kredytowej dla państw Europy. Kraje zachodnie dzięki tej pomocy szybko
uporały się z odbudową zniszczeń i reanimacją swoich gospodarek. Państwa z
radzieckiej strefy wpływów odmówiły uczestnictwa w planie Marshalla. Uniknęły
dzięki temu zaangażowania w ogólnoświatowy system ekonomiczny, który doktryna
komunistyczna uznawała za zły. Tym samym jednak skazały się na zacofanie
gospodarcze, z którego już nigdy się nie podniosły. Obywatele
zachodniej Europy nie chcieli już więcej wojny. Nigdy. To samo pragnienie
żywili mieszkańcy demoludów. Jednak ideolodzy radzieccy wiedzieli, że trwały
pokój możliwy jest tylko po upadku kapitalizmu. Przecież każdy rozsądny człowiek
wie, że zasadę komunizmu _każdemu według potrzeb_ można spełnić jedynie po
ograniczeniu wszystkich potrzeb do 500 kalorii dziennie. Nie da się więc wprowadzić
komunizmu, dopóki gdzieś na świecie każdy może kupić tyle mięsa, ile zechce,
nawet bez kartek żywnościowych. System
gospodarki rynkowej bezwiednie i wbrew swym intencjom stał się zażartym wrogiem
obozu socjalistycznego. Wystarczyło, że umożliwiał porównanie osiągnięć
budownictwa socjalistycznego z efektami wyzysku kapitalistycznego. Porównanie takie
mogło przywieść do buntu nawet homo
sovieticus. Wiedzieli to przywódcy partii komunistycznej ZSRR. Odżegnywali
się od chęci dokonania inwazji na Zachód i użycia broni jądrowej. Zdawali sobie
jednak sprawę, że zniszczenie kapitalizmu jest _historyczną koniecznością_. I
choć niechętnie, ale pilnie i z nadzieją na ostateczne zwycięstwo wypatrywali
okazji zadania decydującego ciosu. Winę za ewentualny konflikt ponosiłby
Zachód, bo wciąż rozwijał się gospodarczo zamiast upaść zgodnie z przepowiednią
Lenina. Społeczeństwa
Zachodu stanęły wobec zagrożenia nową wojną. Zagrożenia ze strony niedawnego
sojusznika w walce z nazizmem. Obłędna logika pchająca Sowiety do konfliktu
była niezrozumiała dla ludzi pragnących żyć i dać żyć innym. Jednak wzrost
napięcia popartego intensywnymi zbrojeniami był realny. Rosnące napięcie
pogłębiło świadomość wspólnoty cywilizacyjnej państw Zachodu i zintensyfikowało
ich współpracę. W kupie cieplej _ zewnętrzny nacisk pomógł przezwyciężyć
zadawnione urazy i połączyć siły. Aspekt wojskowy tej konsolidacji polegał na
utworzeniu Paktu Północnoatlantyckiego _ NATO. Pakt ten łączył dziewięć krajów
europejskich, USA i Kanadę. Można go więc uważać za rodzaj gwarancji
bezpieczeństwa udzielonych osłabionej Europie przez kraje Ameryki Północnej. Pierwszym
wspólnym przedsięwzięciem czysto europejskim nie były zbrojenia ani unia
ekonomiczna. Było nim utworzenie w 1949 roku Rady Europy, sformułowanie Europejskiej Konwencji Praw Człowieka i
ustanowienie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Konwencja
korespondowała z uchwaloną nieco wcześniej przez ONZ Deklaracją Praw Człowieka
i Obywatela. W przeciwieństwie do czysto deklaratywnego charakteru inicjatywy
ONZ, Konwencja stawała się elementem prawa krajów ją przyjmujących. Co równie
ważne, miała ona wsparcie w organizacji międzynarodowej, Radzie Europy, oraz
organie sądowym uprawnionym do nakładania sankcji na państwa-sygnatariuszy. Ten
pierwszy krok na drodze do wspólnej Europy miał charakter bardziej filozoficzny
niż praktyczny. Było to jedynie credo
demokratycznego państwa prawa. Poddanie się jego rygorom było i jest całkowicie
dobrowolne. Wydaje się to trudnym krokiem dla rządów, gdyż wymaga rezygnacji z
części suwerenności państwa. Mimo to obecnie tylko dwa kraje, mogące uważać się
za europejskie z powodu położenia geograficznego, pozostają poza Radą Europy. Konwencja
Praw Człowieka ustaliła standard cywilizacyjny nowej Europy i stworzyła
fundament jej zjednoczenia. Jednak efektywną płaszczyzną tworzenia wspólnoty
okazała się gospodarka. Najpierw powołano Europejską Wspólnotę Węgla i Stali,
przekształconą później w Europejską Wspólnotę Gospodarczą, a w końcu w Unię
Europejską. Wcześniejsze stadia Unii nazywano też Wspólnym Rynkiem, co dobrze
oddaje zasadę ich działania. Gospodarka
do dziś jest podstawą postępującej integracji Europy. W pierwszym okresie była
szczególnie ważna, stała się zrozumiałym i nieodpartym argumentem za
porozumieniem. Przemysł krajów europejskich rozwijał się gwałtownie, co powodowało
problemy. Protekcjonizm we wzajemnym handlu i ostra konkurencja na rynkach
trzecich prowadziły do konfliktów. Celem integracji było zażegnanie tych konfliktów
przez zniesienie barier wewnątrz Europy i ograniczenie produkcji eksportowej we
wspólnym interesie. Rozpoczęto od przemysłu ciężkiego i stopniowo rozszerzano zakres
wspólnych regulacji na inne gałęzie gospodarki. Wszystkie
regulacje EWG miały charakter traktatowy. Nie wchodziły w życie jako
pojedynczy, wspólnie uchwalony akt prawny. Przeciwnie, droga od uzgodnienia
treści traktatu do wdrożenia prawa wspólnotowego była zawsze długa, złożona i
czasem niepewna. Najpierw każde państwo musiało podpisać traktat, a potem go
ratyfikować, czyli zatwierdzić zgodnie z własnymi regułami. Często wymagało to
przeprowadzenia referendum. Po ratyfikacji
każde państwo z osobna implementowało przyjęte prawo wspólnotowe, czyli
uchwalało odpowiednie ustawy i akty wykonawcze. Dopiero te akty stawały się
obowiązującym prawem na terenie państw-sygnatariuszy. Nieraz
zdarzało się, że jakiś rząd przyjmował traktat, a parlament nie chciał go
ratyfikować albo prezydent odmawiał podpisu. Gdyby jakiemukolwiek krajowi
próbowano narzucić niekorzystne warunki, na pewno nie byłby skłonny do ich
przyjęcia. A odrzucenie w jednym kraju zablokowałoby wejście traktatu w życie
we wszystkich pozostałych. Dlatego dobrowolność przyjmowania zobowiązań
traktatowych i skomplikowany proces wprowadzania ich w życie zdecydowały o
sposobie uzgadniania treści prawa europejskiego. Jedynym trybem umożliwiającym praktyczne
rezultaty była jednomyślna zgoda. Pod
tym względem sposób kierowania Wspólnotą, a później Unią Europejską, przypomina
stosunki panujące na okrętach pirackich. Tam też kapitan nie mógł po prostu narzucić
załodze kierunku i celu wyprawy. Gdyby braci pirackiej nie spodobała się
polityka kapitana, mogliby mu wręczyć Czarną Plamę, jak opisuje Stevenson, albo
po prostu rozsiekać kordelasami. Dlatego kapitan piratów musiał wytaczać
baryłkę rumu i długo nęcić perspektywą bogatych łupów, żeby cała załoga wpadła
w zapał i poddała się na jakiś czas jego władzy. Podobnie
funkcjonowała zjednoczona Europa. Każdy kraj członkowski kolejno pełnił funkcję
kapitana, kierując bieżącą polityką i usiłując przepchnąć sprawy, na których
najbardziej mu zależało. Jednak władza tego kapitana była i jest jedynie symboliczna.
Większe możliwości wpływu na załogę reprezentowaną przez Parlament Europejski miała
zawsze Komisja Europejska, która w założeniu miała być czymś w rodzaju bosmana.
Mimo autorytetu i twardej ręki bosmana, miejscem tworzenia polityki na tym
okręcie pozostaje kubryk. Praktyka
taka ustaliła się w toku trudnych i zażartych negocjacji w łonie pierwotnej
wspólnoty. Nie była to przecież grupa przyjaciół dyskutująca o majówce, ale
zbiór bardzo zróżnicowanych, niedawno jeszcze wrogich sobie państw o sprzecznych
lub nawet przeciwstawnych interesach. Wypracowane uzgodnienia musiały zadowalać
wszystkie układające się strony. Warto więc było rozwiązywać nieoficjalnie w
kuluarach najtrudniejsze kwestie, zanim pojawiały się przy stole rokowań. Prawdopodobnie
początkowo sukcesom negocjacji sprzyjała ich tematyka, ograniczona do spraw
gospodarczych. W ekonomii dość łatwo można porównać koszt porozumienia z
kosztami jego braku. W
miarę pogłębiania i rozszerzania współpracy europejskiej negocjacje komplikowały
się. Zwiększał się zakres rozważanych tematów, brano pod uwagę nowe aspekty
problemów. Obok kwestii czysto ekonomicznych zaczęto rozważać dużo bardziej
złożone zjawiska społeczne i polityczne. Zwiększył się też horyzont czasowy
branych pod uwagę konsekwencji wspólnych działań. Ambicje organów europejskich
sięgnęły optymalizacji rozwoju wspólnoty we wszystkich aspektach: gospodarczym,
społecznym, naukowym, kulturowym_ Nie
ma teorii, która mogłaby pokierować zadaniem tak złożonym, jak wszechstronny
rozwój całego kontynentu. Nawet w poszczególnych społeczeństwach nie ma zgody
co do priorytetów takiego rozwoju. Skoro nie ma zgody co do celów, tym trudniej
określić sposoby ich osiągania. Efektem tych trudności było wykształcenie przez
Europę bardzo efektywnego trybu dogadywania się. Kuluarowe dyskusje i
uzgodnienia nie bazują na sile jakiegokolwiek rodzaju, nie są skierowane
przeciw jakiejkolwiek stronie trzeciej, nie zmierzają do przeforsowania
własnego interesu czyimkolwiek kosztem. Są etapami procesu poszukiwania
rozwiązań przynoszących maksimum korzyści wszystkim stronom bez dyskryminacji
którejkolwiek z nich. Taki
tryb osiągania porozumień nie jest czymś wyjątkowym, ale tylko w Europie działa
tak sprawnie, w tak wielkiej skali i tak szerokim zakresie. Taka efektywność
jest możliwa dzięki uznaniu odmienności partnerów oraz wzajemnemu tolerowaniu
przywar i dziwactw. Nie bez znaczenia jest też pragmatyzm, skłaniający raczej
do korzystania z możliwości niż upierania się przy pragnieniach. Tak jak łódka
płynie do przodu niezależnie od kierunku wiatru, tak pragmatyzm zawsze pozwala
znaleźć popychający sprawy kompromis. Każda
demokracja jest w pewnej mierze dyktaturą większości. Dotychczasowa praktyka
Unii Europejskiej wydaje się iść w kierunku systemu pozbawionego tej wady.
Chociaż zasada jednomyślności obowiązywała tylko na szczeblu międzypaństwowym, odbiła
się pozytywnie na świadomości polityków działających na szczeblu wspólnoty.
Polityk europejski działa z mandatu swoich wyborców i reprezentuje ich interesy,
ale unika antagonizowania innych grup. To utrudnia pracę i nie daje pretekstu
do płomiennych przemówień zagrzewających tłumy do obrony słusznej sprawy. Przynosi
jednak konkretne, choć mało medialne rezultaty. Dorobek
europejskich organów wspólnotowych jest imponujący. Jest nim przede wszystkim
prawo unijne. Zostało ono zebrane w formie dyrektyw Komisji Europejskiej.
Uzupełnieniem dyrektyw jest orzecznictwo Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu.
Obecnie nie ma już chyba dziedziny życia, w której nie działałoby prawo
wspólnotowe. Czasem jest ono restrykcyjne, a czasem pozostawia znaczną swobodę
rządom. Bez względu na głębokość regulacji, stanowi ono podstawowy czynnik
jednoczący kraje Europy. Drugim
podstawowym osiągnięciem są efekty prowadzenia wspólnych polityk unijnych. Są
to działania agend Komisji Europejskiej opierające się na finansowaniu
wybranych projektów lub dziedzin. Przykładami takich polityk są: wspólna
polityka naukowa, rolna, fundusze spójności. Realizacja tych polityk opiera się
na środkach finansowych wpłacanych przez państwa członkowskie. Obecnie wpłaty
te wynoszą 1,27% dochodu narodowego. Efektywność polityk unijnych można docenić,
gdy porówna się wielkość tych funduszy z podatkami i parapodatkami, w wielu
państwach europejskich zbliżonymi do 50% dochodu narodowego. Mimo tej
dysproporcji, w niektórych krajach unijne środki na budowę dróg lub naukę stanowią
istotne uzupełnienie nakładów budżetowych. Oczywiście
każdy sukces ma swoją cenę. W przypadku organów Unii trudno mówić o cenie
wyrażanej w pieniądzach, gdyż koszty jej funkcjonowania są znacznie mniejsze od
kosztów administracji państwowej i nie są odczuwalne dla podatników. Niemniej
zatrudnienie setek parlamentarzystów i dziesiątków tysięcy urzędników ma swoje
konsekwencje. Najbardziej widoczna jest straszliwa biurokracja. W każdej
sprawie, na każdym szczeblu Unia zużywa tony papieru i gigabajty pamięci.
Wystarczy porównać internetowe strony organizacji rządowych USA z ich
odpowiednikami unijnymi. Łatwo zauważyć, że analogiczne opisy często zajmują
kilka stron w Ameryce, a kilkadziesiąt w Europie. Niestety,
kto chce mieć dużo żagli, ten ma dużo lin. Oficjalnym usprawiedliwieniem
unijnej biurokracji jest zasada przejrzystości. Oznacza ona, że każdy obywatel Unii
ma prawo wglądu w szczegóły działania jej organów. Z tego powodu uchwalenie
każdego prawa opatrzone jest obszernymi wyjaśnieniami przesłanek, celów i
zastrzeżeń. Każda decyzja urzędnika musi wynikać z jednoznacznych reguł, więc
jej podstawy muszą być dokładnie udokumentowane. Reguły też muszą być opisane_
i góra papierów rośnie. Trzeba jednak przyznać, że zasada ta się sprawdza,
skoro liczba nadużyć i skandali we władzach Unii jest zadziwiająco mała. Niezależnie
od zastrzeżeń i sprzeciwów wobec procesu jednoczenia Europy, okazał się on
bardzo opłacalny dla państw członkowskich. Najlepiej świadczy o tym siła
przyciągania wywierana na państwa niebędące członkami. Z własnego doświadczenia
znamy determinację, z jaką zmieniano polskie prawo, aby dostosować je do norm
unijnych. Nawet politycy deklarujący sprzeciw wobec obcych im ideologicznie
zasad gospodarki rynkowej potulnie popierali ustawy dostosowujące.
Protestującym wyjaśniano, że _tego wymaga Unia_, chociaż wtedy jeszcze Unia nie
miała prawa wymagać od nas czegokolwiek_ Pragnienie
wstąpienia do Unii Europejskiej było powszechne i gorące w krajach
postkomunistycznych. Eurosceptycy byli w wyraźnej mniejszości, a ich argumenty
bazujące głównie na mało sprecyzowanych obawach nieprzekonujące. Przewagę mieli
euroentuzjaści, statystycznie reprezentujący młodszą i lepiej wykształconą
część społeczeństwa. Co nie znaczy, że motywacje poparcia dla Unii były
jednolite. Dla znacznej części ważna była możliwość ucieczki z rosyjskiej
strefy wpływu, bezpieczeństwo geopolityczne, szansa na szybki rozwój
gospodarczy i społeczny lub możliwość pracy i osiedlania się za granicą bez żadnych
ograniczeń. Dla innych liczyły się głównie pieniądze, jakich spodziewali się z
kasy unijnej. Wśród tych ostatnich przeważali politycy zainteresowani funduszami
do rozdysponowania i rolnicy skuszeni dopłatami do każdego hektara gruntu. Przyłączenie
krajów postkomunistycznych nie było wbrew pozorom marzeniem państw Unii. Dwie
ważne przesłanki przemawiały przeciwko temu. Po pierwsze, wnioski o akcesję
złożyło wielu kandydatów jednocześnie. Wcześniej ostrożna polityka Unii
pozwalała na przyjmowanie trzech krajów naraz. Tym razem przyjęto ich dziesięć,
co samo przez się może grozić poważnymi napięciami w łonie wspólnoty. Po
drugie, siedmiu nowych członków Unii obarcza opisany wcześniej bagaż historii.
Po raz pierwszy Unię rozszerzono o kraje spoza obszaru zwanego w czasach zimnej
wojny Wolnym Światem. Zrobiono to z obawami, ale determinacja krajów
postkomunistycznych była zbyt wielka, żeby Unia mogła odmówić im prawa
przyłączenia Jest
jeszcze za wcześnie, aby narosły i ujawniły się problemy wynikające z różnic
mentalności typowych dla starych i nowych członków Unii. Nie można mówić o
napięciach czy wyraźnym podziale na grupy członków. Wśród naszych przedstawicieli
są również zasiedziali Europejczycy. A jednak studiując wypowiedzi i rozmowy polityków,
tych z Warszawy, Brukseli i innych stolic, można zauważyć między nimi drobne, acz
symptomatyczne różnice. Różnice w podejściu do problemów, formułowaniu
propozycji, tonie wypowiedzi, wyborze priorytetów, traktowaniu adwersarzy i
wielu innych, pozornie nieistotnych sprawach. Nasza
telewizja nie poświęca zbyt wiele uwagi pracy naszych władz europejskich. Relacjonuje głównie awantury, wpadki i konflikty
z udziałem polskich polityków. A takich epizodów jest stanowczo za wiele. Podobno
wynikają one z tego, że Unia powinna coś zrobić, a nie robi, że coś nam się
należy, a Unia nie daje. Chyba roszczeniowe postawy odziedziczone po homo sovieticus ujawniają się mimo
transformacji systemowej, tak jak wpływ kołysania pokładu widać w kroku
marynarza na lądzie. Można
odnieść wrażenie, że niektórzy politycy wyobrażali sobie Unię Europejską jako
luksusowy statek wycieczkowy. Skoro już załapaliśmy się na darmowy bilet, to
należą nam się wszystkie usługi z reklamówki. Zadaniem polityków jest siedzieć
na leżaku przy basenie na najwyższym pokładzie i sprawdzać, czy stewardzi biegają
dostatecznie szybko. I zaordynować od czasu do czasu otwarcie kręgielni albo
położenie nowego dywanu. Tak
nie jest. Unia wciąż rozwija się dzięki ciężkiej i kompetentnej pracy
wszystkich Europejczyków, włącznie z politykami. Wspólna Polityka Rolna nie
polega na płaceniu chłopom za posiadanie ziemi zamiast za produkcję. Rolnicy
dostają dopłaty, żeby mogli rozwinąć produkcję i wzbogacić się. Kiedy się
wzbogacą, będą mogli kupić homary z Morza Śródziemnego. Po to są te dopłaty. Aby
homary nie zepsuły się w drodze pod Suwałki, potrzebne są drogi. Dlatego Unia
dopłaca do polskich autostrad. Nie dlatego, że nasze podatki idą na inne cele.
Każde euro wydaje się z myślą o długofalowej korzyści wszystkich Europejczyków,
a nie dlatego, że coś nam się należy. Tak
działa ten system. Może uwzględniać życzenia nawet małych grup, może pozwolić
sobie na dopuszczanie pozornie nonsensownych rozwiązań, ale w skali globalnej
zapewnia maksymalną efektywność. Nie zmusza, ale umożliwia. Nie narzuca
rozwiązań, ale pozwala je znajdować. Jest wciąż nieukończony, niedoskonały,
ewoluujący. Kieruje nim żywy komputer złożony z tysięcy ludzi. W nieustannych
sporach, ścieraniu poglądów i konfrontowaniu informacji wypracowują oni
rozwiązania wyglądające w danej chwili na najlepsze. Dzięki temu Europa posuwa
się naprzód, nawet jeśli jest to halsówka. Europa
nie jest statkiem pirackim rządzonym chciwością i agresją. Nie jest też statkiem
wycieczkowym, na którym załoga pracuje, by pasażerowie mogli leżeć do góry
brzuchem. Celem Europy jest, by każdy jej mieszkaniec był równoprawnym członkiem
załogi. By wnosił wkład zależny od swojej wiedzy i inicjatywy. By czerpał
przyjemność z własnej pracy i życia wśród przyjaciół. Żeby Europa była jak
jacht, na którym każdy chciałby płynąć za najdalszy horyzont.
Tekst S. Panecki
© Fundacja Żagle Europa Świat. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt i administracja:DEPI










