Rejs Wyspy Zawietrzne 2006

 

Kapitan Lena, I oficer Paweł, II oficer Kubuś, załoga: Aleksandra, Herman, Kamila, Mira.

Trasa: Martynika – Santa Lucia – Grenada  – Carriacou – Union – Mayreau – Mustique – Bequia - Martynika.

 

Jesteśmy w Nowym Świecie. Innym niż ten, do którego przywykliśmy. Inne krajobrazy, egzotyczne rośliny, odmienni ludzie. Nawet jajecznica jest tu inna – żółtko jest zupełnie surowe. Dzięki dobrej francuszczyźnie Kamili nie mamy problemów z porozumieniem. Gdyby nie ona, byłoby trudniej.

Zwiedzanie Martyniki zaczynamy od ogrodu botanicznego.

 

Fot. 1 Ogród botaniczny na Martynice.

 

Rośliny, które u nas są traktowane jako ozdobne i rosną w małych doniczkach, tam sięgają dwóch metrów. Otacza nas feeria kolorów i kształtów. Wśród roślin uwijają się kolibry.

Możemy je dokładnie oglądać, gdy zawisają przy poidełkach.

 

Fot. 2A i 2B Ogród botaniczny na Martynice - kolibry

 

Nasz pierwszy karaibski obiad na zawsze zachowa posmak tajemnicy. Nie udało nam się zidentyfikować połowy dań. Nazwy są lokalne, brakuje angielskich tłumaczeń, więc nie wiadomo, co się je. Ale dobre! Pyszne owoce – zarówno owoce morza, jak i lokalne warzywa i owoce o egzotycznych smakach. Z warzyw zapamiętaliśmy pomarańczowe pataty i gotowane „banany”, małe i zielone. Mają konsystencję banana, a smak pośredni między bananem a kartoflem.

W St. Pierre brud na ulicach. Okazało się, że miasto zostało zasypane przez wulkan. Idziemy je zwiedzić – może nie wybuchnie. Śmierdzi siarką, ale warto pocierpieć dla takich widoków.

 

Fot. 3 Martynika. Widok z knajpki w porcie St. Pierre.

 

Kolejny przystanek – Santa Lucia. Marina cywilizowana, keje, prysznice, sklepy, knajpa z basenem i drinkami z palemką….

 

Na St. Lucii wynajmujemy dwa samochody. Herman i Mira prowadzą na zwiedzanie. W wiosce pytamy o drogę. Przygodny „przewodnik” biegnie przed samochodem.
Hi, my name is Roger, I will be your guide, ok.? (Cześć, jestem Roger, będę waszym przewodnikiem, dobrze?). Kilometr dalej jest wioska. Domki z dykty, z jakichś odpadów. Brak kanalizacji. Pompa na skrzyżowaniu ulic to miejsce, gdzie jedna rodzina się myje, inna robi pranie. Pracują głównie kobiety. Wszędzie biegają stada dzieci, na ulicach kwitnie życie towarzyskie. Jeździ trochę samochodów: ople, uno. Ogólnie biednie.

Wchodzimy do knajpy. Cały lokal plastikowy. Piwo i menu, please – ordynujemy. Kelner rozwiewa złudzenia - No menu, there is fish or chicken. (nie ma menu, jest ryba lub kurczak). Zapraszamy Rogera na posiłek. Opowiada, jak rośnie chlebowiec. Tak nam pobudził apetyt, że kupione pieczywo zjedliśmy, zanim pojawiły się zamówione dania.

Kariera Rogera jako przewodnika rozwija się bujnie. Umówiliśmy się, że nazajutrz pokaże nam wyspę i zabierze do dżungli. Zjawił się punktualnie, pojechaliśmy. Pokazał nam punkt widokowy i fantastyczną plażę.

 

Fot. 4 St Lucia. Marina i plaża – widok z punktu widokowego.

 

Fot. 5 St Lucia. Widok z drogi.

 

Zwiedzamy też Park Narodowy. Degustujemy lokalne owoce i korzystamy z ciepłych źródeł. Roger robi zdjęcia. Interesują go głównie torsy, od kolan do szyi.

      

Fot. 6 Jedne z lepszych (biorąc pod uwagę kadr i ostrość) zdjęć zrobionych przez Rogera…

 

Potem odwiedzaliśmy kolejnych członków rodziny Rogera, chyba chciał się popisać, jaką ma fuchę. W końcu zaczął padać deszcz i na dżunglę mieliśmy bardzo mało czasu. Zdążyliśmy tylko nagrać odgłosy dżungli nocą i poobserwować świetliki, dużo większe niż u nas. Niesamowite przeżycie.

 

Na Grenadę dopływamy nocą. Yacht Club wywołany na UKF-ce odmawia wpuszczenia do mariny naszego jachtu – nie przyjmuje po osiemnastej. Cóż, gdybyśmy nie pytali, to pewnie miejsce by się znalazło… Płyniemy na kotwicowisko. Ktoś z pontonu ostrzega, że keja jest zwalona. To pozostałość po huraganie Ivan, którego skutki widać jeszcze na wielu wyspach.

Rano płyniemy dingi do YC. Dopływamy, cumujemy. Lena idzie z papierami do urzędnika. A on chce rozmawiać ze skipperem. – Ja jestem skipperem! – mówi Lena. – No, you are a woman! (nie, ty jestes kobietą!) – Jestem kobietą i jestem skipperem. - Would you marry me?(wyjdziesz za mnie?)

Urzędnik zrobił się miły. Załatwił przewodnika i wycieczkę po dżungli lepszą niż dla zwykłych turystów. Część załogi pojechała na wycieczkę samochodową, a większość pod przewodnictwem Rooneya poszła w las. Pierwszy etap wycieczki standardowy – komercyjny.

Ścieżka ze schodami, liny dla bezpieczeństwa.

 

Fot. 7 Grenada. Budowa ścieżki w dżungli.

 

Widać spustoszenia pozostałe po Ivanie. Drzewa ścięte równo na wysokości kilku metrów. Cisza, nie słychać ptaków ani zwierząt. Największe zwierzęta, jakie spotykamy to pająki i dżdżownice - dżungla po huraganie jest wymarła. Jesteśmy chyba jedynymi dużymi zwierzętami w okolicy. Idziemy dalej, zaczyna być dziko. Trzeba używać maczety, brodzić boso w strumyku. Dostajemy kije do podpierania się w marszu. Docieramy do wodospadów i bierzemy kąpiel.

Jemy owoce, znane już z wycieczek z Rogerem. Potem idziemy nad drugie jeziorko, leżące u stóp wzgórza. Piękny wodospad, miejscowi skaczą do wody z dziesięciu metrów. Na koniec powrót do cywilizacji - knajpa i pyszny obiad!

 

 

Fot. 8 Grenada. Wodospad. W tle widać drzewa z czubkami ściętymi przez Ivana.

 

W drodze z Grenady na Carriacou zahaczyliśmy o bezludna wyspę Sandy Island. Tylko my, woda i piach. Na wyspie posadzono palmy i inne rośliny. Aby zabezpieczyć przed wyrwaniem korzeni przez wiatr dociśnięto je kamieniami.

Jedynymi mieszkańcami tej wyspy są pelikany, które wcale nas się nie boją i pozwalają podejść na tyle blisko, aby można było zrobić im zdjęcie.

Fot. 9 Sandy Island. Rośliny posadzone po huraganie ludzką ręką.

 

Fot. 10 Pelikany to jedyni duzi mieszkańcy Sandy Island.

 

Cały dzień upływa nam na plażowaniu i pływaniu, dopiero po południu wyruszamy w dalszą drogę.

 

Do Carriacou dotarliśmy o zmierzchu – olbrzymie, pełne jachtów kotwicowisko. Ponieważ planowaliśmy odpłynąć bladym świtem, nikomu poza nami (Lena i Paweł) nie chciało się schodzić na ląd – a my wzięliśmy dingi i popłynęliśmy na pizzę. Nie było warto.

Fot. 11 Kotwicowisko na Carriacou.

 

Kolejny etap to Union – trzeba się odprawić w państwie o wdzięcznej nazwie „St. Vincent i Grenadyny”. Dopłynęliśmy po południu i poszliśmy się odprawiać … na lotnisko. Bo akurat tak to zorganizowano. To nie jedyne zaskoczenie – na Union spotkaliśmy uprzejmych, uśmiechniętych urzędników. Pozwolili sfilmować swoje trawiaste lotnisko ogrodzone siatką.

Union zapisała się w naszej pamięci galerią biżuterii robionej przez miejscową artystkę – polecam wszystkim paniom o upodobaniach do oryginalnych dodatków.

 

Płyniemy na Mayreau. Mariny brak, trzeba stanąć na boi. Szukamy jakiejś, ale bezskutecznie. Kłopot. Płynie do nas łodzią miejscowy rybak, mówimy, że mamy problem i prosimy o pomoc.

- Guys, you’re on Carribeans! (Ludzie, jesteście na Karaibach)! – stwierdził z uśmiechem - No problems, only solutions! (nie ma problemów, tylko rozwiązania!)

Znalazł boję i już nas nie puścił. Wymienił złowione langusty (pół zwierzątka na osobę za około dwadzieścia złotych) na naszą siedmioosobową załogę.

Fot. 12 Langusty na Mayreau.

 

Siostra rybaka plotła dziewczynom lokalne warkoczyki. Nie było prądu, a dzień się skończył w trakcie operacji, więc kuzyn przyświecał telefonem komórkowym. Po posiłku pojechaliśmy na disco. Było świetnie. Na ścianach Matka Boska z Guadalupe i Bob Marley. Herman przyłączył się do tubylców grających na bębnach. Mira z Aleksandrą zaczęły tańczyć. Mieli jedną płytę CD – „Shakira, Shakira”. Leciała przez parę godzin, kawałki losowo zmiksowane - super disco. Herman nawet obraził się na Kamę, bo zintegrowała się i wolała tańczyć z miejscowymi.

 

       

Fot. 13 Mayreau. Mira i Aleksandra w lokalnych fryzurach tańczą na dyskotece.

 

Na Mayreau mieszka tylko kilkaset osób. Ich dziadowie byli uczniami misjonarza. Facet zrobił dobrą robotę. Wnuczęta są „na poziomie”. A jednocześnie jak tańczą…. W szczególności barmanka tańczyła jak marzenie, aż dziewczyny popadały w kompleksy. Paweł spróbował swoich sił, najgorszy w tańcu nie jest, jednak odpuścił czując się odrobinę niezgrabnie.

 

Na Mustique dopływamy w środku nocy. Przy plaży śmierdzi. My też niedomyci, bo nie mamy już od dwóch dni wody innej niż butelkowa do picia. Koniecznie chcemy się umyć, ale obchodzimy całą wyspę bezskutecznie szukając możliwości. Z dużym wysiłkiem powstrzymujemy się od wzięcia prysznica w czyimś ogrodzie wprost z węża do podlewania trawnika. Może to był wąż Mike’a Jagger’a, który ma tam rezydencję?..

Idziemy do „Basil’s Bar”. Mnóstwo turystów. Wyraźnie odstajemy od reszty towarzystwa… ale barman ostentacyjnie nic nie zauważa. Brudni pijemy piwo i wracamy na jacht.

Dowiadujemy się, że warto podpłynąć do pobliskiej wyspy, żeby zobaczyć żółwie. Płyniemy, rzucamy kotwicę. Herman ma wykonać desant na dingi – niestety nie udaje mu się odpalić silnika. Zniechęcony i pełen złych przeczuć zawraca i odmawia udziału w wyprawie. Lena, Paweł i Kama decydują się płynąć na wiosłach – jednak silny przybój przy brzegu utrudnia lądowanie. Dingi fika koziołka, my razem z kamerami i aparatami fotograficznymi bierzemy nieplanowaną kąpiel. Aleksandrę, płynącą wpław, przygoda ominęła. Sprzęt niestety nie przeżył.

Poszukiwania żółwi zakończyły się fiaskiem. Nawet żółwiej kupy nie było, a powrót nie obył się bez dwóch kolejnych wywrotek. A żółwie podobno tam są, lądowe, ktoś je hoduje w głębi wyspy.

Mustique rozczarowała.

 

Nocleg na wyspie Bequia – nareszcie możemy nabrać wody i umyć się. Wczesnym przedpołudniem rozpoczynamy powrót na Martynikę. W nocy dopada nas potężny sztorm, 8-10 B. Ściana wody. Wachta to horror. Nic nie widać, nie można odejść od steru. I tak przez trzy kolejne wachty. Rano staje silnik, na domiar złego zacina się grot. Za kilkanaście godzin mamy samolot, zaczyna być nerwowo. Halsujemy na samym foku, z marnymi widokami na powodzenie. W końcu decydujemy się na telefon do właściciela łodzi. Przysłał w sukurs motorówkę z dwoma pewnymi siebie fachowcami. Wprawdzie podarli grota przy stawianiu, ale do portu weszli bardzo wprawnie. Załoga pakowała się w międzyczasie.

Taksówka, odprawa w ostatniej chwili. My mokrzy i brudni, bagaże nasiąknięte wodą po sztormie. Jesteśmy tak późno, że obsługa puszcza nas na samolot mimo grubo przekroczonego limitu wagi bagażu – dzięki temu, że Kama dogadała się po francusku. Siadamy w samolocie, a po chwili pojawia się stewardesa z odświeżaczem powietrza. Aż tak o nas dbają? A potem już drinki i … cywilizacja.